Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vilnius. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vilnius. Pokaż wszystkie posty

La Boheme

Ostatni przystanek, tuż na dzień przed wyjazdem. Gigantyczna winiarnia La Boheme. Zejście jak do piwnicy, którą zresztą okazała się być. Ogromny loch, gotowy pomieścić wszystkie obchodzące urodziny, chichoczące kobiety. W środku było jednak niewiele osób, być może ze względu na porę, w końcu była niedziela, tuż przed zamknięciem. Wnętrze bardzo przyjemne, choć nie pamiętam muzyki, co prawdopodobnie oznacza, że była bardzo cicha lub nie było jej wcale. Ceglane ściany, które tworzą bardzo przyjemną atmosferę, z kolei na tychże ścianach zdjęcia, stylizowane na stare (zdjęcia, coś jakby lata 20-ste). Pod ścianami, zamiast stolików, ogromne beczki. Bardzo przyjemne miejsce, choć pozbawione wyraźnego motywu przewodniego. Jedzenie jak to w winiarni, bagiety, miniaturowe porcje, duże ilości octu balsamicznego i sałaty na talerzu (prawdopodobnie, żeby zatuszować fakt, że jedzenia jest tak mało), całkiem smaczne. Zamówionym winem (wśród całej oferty win, która była imponująca) było z kolei kalifornijskie czerwone, kalifornijskie cabernet sauvignon w cenie ok. 40zł za butelkę, więc siłą rzeczy nie można się do niczego przyczepić.

przegapiona sala
photo

La Boheme
Šv.Ignoto g. 4/3

Briusly

lwr:
Bruce Lee stał się tematem setek książek, opracowań, artykułów. O lokalu inspirowanym tą postacią można napisać jedno zdanie i prawie wszystko będzie jasne: za dnia wejście woka, a w nocy latają zielone szerszenie.
Jeżeli odwiedzamy Briusly w celach kulinarnych możemy liczyć na tanią i dobrą kuchnię azjatycką. Za niewielką cenę 15-18 litów dostaniemy całkiem sporą porcję, a dodatkową strawę duchową zapewnią złote myśli Bruce’a Lee, które zdobią ściany.
Po dobrej wódzie lepszy jestem w dżudzie...
Tak można nucić przychodząc wieczorem. Jednakprawdziwa mądrość kryje się w prawdziwym cytacie z mistrza:
Forget about winning and losing, forget about pride and pain
Zawartość alkoholu w drinkach jest prawdziwą próbą. Testem i wyzwaniem. Które należy odpuścić, bo i tak nie macie żadnych szans. Czy to cuba libre, słodko brzmiący teddy bear, kamikaze, czy harakiri (3 szoty, każdy o coraz bardziej morderczym składzie) – zdziwcie się ilością alkoholu w nich zawartą. Pozytywnie, czy negatywnie – nie wiem. Wiem, że jeśli nie potraktujecie serio jednej z maksym Bruce’a, tej o umiarkowaniu, to będzie bolało jakby skopał was sam mistrz.
Ja w klubie disco mogę robić wszystko...
…a w nocy Briusly w taki właśnie klub się zamienia. Dolny poziom lokalu to duży bar, z wysokimi stołkami uczącymi równowagi i całkiem spory, podświetlony ultrafioletem dancefloor, na którym można swobodnie ćwiczyć całą resztę technik kung fu, karate, dżudo, pumo i bounce.


han:
Bruce Lee. Briusly, Food with attitude. Dwie wizyty, jedna około pierwszej nad ranem, druga po południu. Po północy była tam już połowa stałych bywalców lokalu (silne wrażenie, że wszyscy się znają) w stanie zdecydowanie wskazującym, co tłumaczyć może ilość alkoholu w drinkach, bez odmierzania. Rozległe menu z nimi zawiera tak intrygujące pozycje jak Zombie (wymieniony jako „killer”, hm), Screaming Orgazm czy te przywołujące jeszcze więcej niż sam lokal wspomnień z dzieciństwa: Teddy Bear oraz Bubble Gum. Densflor okupowany, choć muzyka taka sobie. Bezpieczne rejony elektro- bez pierdolnięcia, i dobrze, bo już wszyscy mają pierdolnięcia i reszty z nim związanej dość. Litwini. Przed każdym wejściem do knajpy stoją ich tłumy, co spowodowane jest zakaz palenia. Drą się niemiłosiernie, jak wszędzie. Fryzura długo z przodu, długo z tyłu, krótko pobokach miga, więc klimat miejsca podkreślony.Popołudniowy obiad z kolei, pozwolił na bliższe oględziny miejsca. Nowocześnie, na ścianach powypisywane mądrości i zdjęcia Bruca Lee, wymieszane ze zdjęciami jakichś dziwnych wąsaczy, a w drzwiach koraliki.. W karcie azjatyckie jedzenie. Całkiem niezłe woki np. z kurczakiem, warzywami i masłem orzechowym, owocami morza lub wieprzowina w teriyaki. Obsługa wyluzowana i miła. Spodziewając się jakiegoś zaplutego pubu, totalnej mordowni, znaleźliśmy całkiem przyjemne, schludne miejsce.

Briusly

Islandijos 4

Cozy

Już od progu restauracji Cozy można stwierdzić, że zasługuje na swoją nazwę – jest przytulna. Wygodne krzesła z miękkim obiciem, drewniane stoły, stonowane kolory i duże stare okiennice, przez które można obserwować ulice. Jednak gdy na chwilę przestaniemy śledzić życie wileńskiego Dominikonu okaże się, że w tym ciepłym wnętrzu przytulnego Cozy dzieją się też rzeczy nie pasujące do atmosfery zwyczajnej restauracji z drewnianymi stołami. Takie jak chociażby niepokojące obrazy, przedstawiające sceny z pogranicza rzeczywistości i świata, bo ja wiem, duchów? Tego popołudnia, gdy gościliśmy w Cozy niezwyczajność potęgowana była przez lecący w tle sountrack do „Twin Peaks”. Muzyka Angelo Badalamentiego, zasypane śniegiem ulice wileńskiej starówki i postacie z obrazów spozierające na nas przenikliwym wzrokiem wprowadziły klimat, którym upajalibyśmy się pewnie dłużej, lecz na ziemię sprowadziło nas burczenie żołądków, wszystkich trzech na raz.

Szybki rzut okiem na kartę dań i potrawy wybrane. Oferta dnia łączyła w sobie dwie rzeczy, na które akurat miałem ochotę – zupę pomidorową i kawałek kurczaka. Kurczak mógłby być przyrządzony z czymkolwiek, ten akurat był w formie polędwiczek z piersi z kuskusem. Dziewczęta wybrały gazpacho, może też miały ochotę na pomidory, może wspominały Barcelonę, może było im za gorąco i chciały zimne danie. Choć uwielbiam tę potrawę perspektywa przyjęcia czegoś chłodnego jako pierwsze danie nie bardzo mnie pociągała. Potem oczywiście im zazdrościłem, bo gazpacho wyglądało świetnie, a smakowało ponoć jeszcze lepiej. Zadowoliłem się wyjedzeniem z talerza Soni posiekanego jajka, czerwonej papryki i ogórka. Na moją pomidorówkę nie można narzekać, ale jedyne co mógłbym o niej napisać, a co nie zawiera się już w słowie „pomidorowa”, to obecność w tej zupie grzybów. Drugie danie za to oczarowało od pierwszego kęsa. A nawet spojrzenia, bo mój kurczak z kuskusem został podany w wyjątkowo ładny sposób. Wyjątkowo jak na kilka litów, które kosztował. Wiadomo – je się głównie oczami. Oczy same mrużyły się z zadowolenia. Hana wzięła lasange, ponoć też świetną, a Sonia gnocchi – a jakże, przepyszne. Najedzony klan kierunkowy zgodnie stwierdził, że będzie tam wracał. Chociażby, żeby spróbować drinka o nazwie Big White Motherfucking Russian czy Fidel Castro.

Cafe-Restaurant Cozy and DJ Bar
Dominikonu 10
http://www.cozy.lt/
http://www.facebook.com/cozy.vilnius#!/cozy.vilnius?v=wall
kuchnia: fusion

Pink Milk Shake

photo


Dotarcie na Litwę. Zimno, śnieg do pasa, mróz. Cel: Pink Milk Shake. Nazwa sugerująca ciche, miłe, spokojne miejsce. Po dotarciu jednak, po oczach uderzył wściekły, agresywny róż, udający spływające po ścianie lody (lody, bądź cokolwiek przypominające produkty mleczne). Od razu na myśl nasuwa się Hello Kitty. Zamówienia: jakiś podejrzany „drink” ze słodkiej herbaty mango (który okazał się zresztą całkiem niezły, słodki i rozgrzewający. Plus dorzucone kawały owoców), shake z zielonej herbaty (też podobno niezły) i bananowe smoothie. Jednak podczas próby zajęcia jakiegoś strategicznego miejsca, w naszą stronę poleciało całe mnóstwo złych spojrzeń, głównie ze strony przysiadujących tam z laptopami na kolanach, nic nie zamawiających dziewcząt. Zresztą zdaje się, że było to regularne miejsce spotkań miejscowej młodzieży. „Mean Girls” z litewskim dubbingiem, a z drugiej strony jak wyjęte żywcem z shojo anime. Na kubeczkach zresztą pojawiła się naklejka z pyszczkiem królika, a na podwyższeniu różowo-biały fotel z jakiejś śliskiej pseudo-skóry, przewinięty równie różową wstążką. Hm. Trochę obawiałam się, że zza lady wyskoczy jakaś panienka w króciutkim mundurku, getrach, z szerokim uśmiechem na twarzy (o tak białych ząbkach, że nie widać przerw pomiędzy nimi) i krzycząca „kawaii”, jednak nic takiego się nie stało. Zresztą otrzeźwiło mnie trochę spotkanie twarzy ze ścianą w łazience. Mimo wszystko, wyjąwszy dziewczątka o złych spojrzeniach, Pink Milk Shake ma swój (lekko psychodeliczny) urok. Tylko należy tam przyjść wiedząc dokładnie, czego się spodziewać. Tego, że z ekranu nad stolikami straszyć będzie Pink, można się akurat domyślić.

Pink Milk Shake
Vilniaus 45
Pon - Pt.:09:00 - 20:00
Sob. - Niedz.:12:00 - 20:00

René


Przebijając się przez śniegowe zaspy zmierzaliśmy do restauracji Rene. Nie czułem się jak angielski lotnik, za pazuchą nie ciążył mi obraz „Święta Madonna z wielkim cycem” i nie oczekiwałem, że w drzwiach lokalu powita nas dźwięczne „dzińdybry”. Nazwa restauracji nie była nawiązaniem do sympatycznego Rene z nieśmiertelnego serialu „Allo, Allo!”, a hołdem dla belgijskiego surrealisty René Magritte. Nie będę silił się na erudycję, bo sam kojarzę pana tylko po obrazach, które zobaczycie poniżej. Use the Wiki link, so I don’t have to wink:No więc nie spodziewajcie się wesołej bandy szkopów, nagłych wizyt francuskiego ruchu oporu, nawiedzeń Herr Flicka z Gestapo i pyskatych kelnerek. Kelnerki w wileńskim Rene były i owszem, ale to bardzo miłe i pomocne dziewczyny, choć przebrane w męskie stroje, z obowiązkowym melonikiem na głowie. Cały wystrój oddawał specyficzny klimat obrazów Magritte’a – kosmos znaczeń ukryty pod pozorem normalności i konwenansu. Puszka ołówków na każdym stoliku i blaty pokryte papierem kreślarskim miały pewnie wzmacniać „artystyczny” nastrój lub wyzwalać „twórczą atmosferę”. Dla mnie, nie potrafiącego przetrwać przez żadne spotkanie służbowe bez gryzmolenia hipaszków (takie małe hipki, ludziki, c’nie?) w notatniku, była to terapeutyczna wręcz sprawa. Zamiast studiować menu zabrałem się do skrobania misów luchadorów i innych szatanów. Może dlatego zamówiłem dla siebie za mało. Może wpłynął na to fakt, że nie trafiliśmy w tamtejsze happy hours, które odpowiednio do klimatu miejsca nazywały się unhappy hours.
Rene to w zamyśle restauracja przedstawiająca klientom dobro wynikające z łączenia belgijskich potraw z belgijskim piwem. I nie chodzi tylko o popijanie frytek z majonezem ciepłym browarem – większość potraw serwowanych w Rene opiera swój smak i aromat na konkretnym gatunku piwa.
Mała dygresja: mój dobry przyjaciel zwykł pijać piwo na ciepło – nie grzane, po prostu ciepłe, mające temperaturę pokojową. Kiedy podało mu się cudownie zimny browar prosto z lodówki, on kładł go na kaloryferze i czekał aż się zagrzeje. Inny ziom patrzył na to ze zrezygnowaniem i mielił pod nosem jak przekleństwo: …Belgowie… Nie mam pojęcia, czy rzeczywiście w Belgii pija się ciepłe piwo, w Rene zaserwowali nam zimne.

Wracając do specjałów, których zasmakowałem – cóż mogłem wybrać jeżeli nie belgijskie frytki z majonezem? Otóż wybrać mogłem belgijskie fryty z sześcioma sosami o różnorodnych smakach i nazwach typu noir desir (ten akurat był czymś w rodzaju śliwkowego sosu barbeque). No i piwo, pszeniczne, i jak wspomniałem zimne. Browar marki Kwak podawany był w fikuśnym kuflu, którego niezbędnym elementem było drewniane rusztowanie. Wyglądało to dziwnie, ale z niejednego flakonu piwo piłem, więc nie przeszkadzało delektować się nowym jednak dla moich zaznajomionych co prawda z różnymi smakami, ale traktowanych przeważnie Żubrem i Ciechanem kubków smakowych. Zarówno frytki (podane w blaszanym kubku) jak i browar w alchemicznym naczyniu smakowały genialnie.
W Rene zostawiłem mniej niż 20 litów i więcej niż pół metra kwadratowego bazgrołów na stole. Wyniosłem stamtąd dobry humor i zakodowaną w mózgu chęć powrotu.

Rene
Antokolskio g. 13, Old Town

+370 (5) 212 68 58.
Open 11:00 a.m. to 11:00 p.m.

 
design by suckmylolly.com : images (c) historypicks.com