Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barcelona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barcelona. Pokaż wszystkie posty

Fantastik


Fantastik. Mały sklep. Naprawdę nieduży, nierzucający się w oczy. Nie wiem nawet do końca jak to się stało, że postanowiliśmy tam wejść. Tak, czy inaczej, nikt się nie zawiódł. Tuż po wejściu w oczy rzucały się cuda w rodzaju masek zawodników Lucha Libre, przeróżne niepotrzebne przedmioty z popularnym w Meksyku motywem tańczących szkieletów. Chińskie plakaty propagandowe, tuż obok Sowieckich. Mao, czerwone książeczki, kobiety walczące, pracujące. Oho. Później już tylko lepiej; Meksykańskie komiksy, mające spełniać zapewne rolę kieszonkowego porno, tuż obok matka boska, jako wdzięczny motyw na gadżety w stylu pudełka zapałek, portfele, okładki bloków rysunkowych, ołówki, długopisy, bransoletki. Wszędobylski Mao. Japońskie znaki „zakaz palenia”, czy „zakaz parkowania rowerów”. Słodycze, stylizowane na sowieckie (przynajmniej mam nadzieję, że stylizowane, jeśli rzeczywiście pamiętają Stalina, mogły być już raczej nie do końca jadalne.). Zdaje się, że w pewnym momencie mignęły nawet polskie kolorowe koguciki. (Znowu można było poczuć się mieszkańcem tego kraju, w którym niedźwiedzie chodzą po ulicach. Na wydechu; Moskwa, Warszawa, Kijów, według niektórych Kazachstan.) . Europejska Egzotyka; gadżety z matką boską, które można znaleźć na każdym targu z dewocjonaliami przy cmentarzach w święto zmarłych (mimo, że nie tak spektakularne jak przywieszka na przednią szybę samochodu, czy portmonetki), tuż obok różańców z różowymi koralikami (choć z drugiej strony, w religijnym zakręceniu Polska podobno nie wygrywa), zaś zeszyty w każdym sklepie papierniczym. sowieckie plakaty propagandowe, po które należy się zgłaszać do antykwariatów na Krakowskim Przedmieściu. W tym miejscu dominował stylizowany kult śmierci, religii, pornografii i chyba przede wszystkim socjalizmu, środkowo, czy też wschodnioeuropejskiego i spoza granic Europy. Każdy znajdzie coś, co wbije go w ziemię. Mydło, powidło, cuda.

Fantastik
Joaquim Costa 62

http://www.fantastik.es/latienda.html

PAPABUBBLE


Wyprawa po suweniry. Nie wypada w końcu wrócić bez prezentów, za to samemu z naręczem rzeczy kupionych dla siebie. Więc chcąc, nie chcąc, ruszyliśmy. W centrum znalazł się sklep z cukierkami (z początku wzięty za sklep z mydłem, później; z żelkami. Wniosek, że to cukierki, przyszedł dopiero później) . W pierwszej kolejności przyciągnął słodki zapach. W środku oszołomiły przede wszystkim kolory. I wciąż nieco przytłaczający, intensywny zapach, niczym w perfumerii podczas zakupów przedświątecznych. Ale cukierki. Niektóre z nich wyrabiane na miejscu. Inne w słoikach, w plastikowych i papierowych torebkach, lizaki, kolorowe, owocowe, miętowe, o przeróżnych kształtach. Nie obyło się również bez tak zwanej „degustacji”, czyli wżerania słodyczy za darmo możliwie jak najmniej ostentacyjnie. (Podchody w celu zdobycia ich w jak największej ilości bez zostania przyłapanym uskuteczniane były przez wszystkich tam obecnych). Na półkach jakieś podejrzane płyny w przeróżnych kolorach. Maszyny krojące karmelową masę. Wszystko to rozpraszało w zręcznym omijaniu otwartych drzwi do piwnicy ziejących z podłogi. (Podstawionych tam zapewne jako pułapka na turystów). Panie ekspedientki z kolei wyglądały jakby przeszły jakiś casting, zanim się tam znalazły. Duże oczy, miłe uśmiechy, cieniutkie głosy, do tego spinki we włosach. Pomimo, że wyszliśmy z praktycznie z pustymi rękoma, fakt ten wynagradzało samo widowisko nieco w stylu Charliego. Bardziej skuteczne niż domek z piernika i pigułka z arbuza razem wzięte.

photo
PAPABUBBLE
Ample 28
http://www.papabubble.com/

Pizzería Tarantino


hana:
Jako utrudzeni wędrowcy, głodni i zniszczeni barcelońskim upałem, poczulibyśmy wdzięczność za jakąkolwiek knajpę, w której można byłoby palić i zamówić colę. Z lodem. Pojawiło się idealne do tego, wydawałoby się, miejsce, restauracja o wdzięcznie brzmiącej nazwie "Tarantino". Pierwsza myśl: "Dobra, dobra". A jednak. Wystrój; zdjęcia z filmów, plakaty. No i wszędobylskie nazwisko reżysera. Przeważał kolor żółty, który sugerował największy wpływ "Kill Billa". Podejrzanie schludnie. No, proszę. Po wypaleniu około czterdziestu papierosów po raz pierwszy tego dnia w pomieszczeniu klimatyzowanym, a zatem bez uczucia oblepienia post apokaliptycznym pyłem, złożyliśmy zamówienia. Po otrzymaniu miniaturowej miseczki gazpacho pojawiło się pragnienie wypicia całego wiadra. Niestety. Otrzymaliśmy za to pizze, nazwane swoją drogą niezwykle twórczo imionami postaci z filmów Tarantino (Jeszcze przed premierą "Bękartów Wojny", być może teraz Goebbels ma swoją pizzę.). Niestety okazały się słone, ogólnie rzecz ujmując niedobre i absolutnie nieodpowiednie na 30 stopniowy upał. Mimo wszystko, zawsze były zdjęcia (głównie podkładek na stół, co prawda) pokradzione wizytówki i podkoloryzowane historie, których inspiracją była właściwie sama nazwa. A przez skąpstwo wzięta na wynos i schowana w lodówce pizza spowodowała inwazję mrówek w mieszkaniu.




lwr:
Nie wiem co bardziej skłaniało nas do wejścia do lokalu gastronomicznego Tarantino: narastający głód, piekielny upał panujący owego popołudnia w Barcelonie, czy podszeptywana przez nazwę restauracji obietnica ujrzenia sceny, w której jakiś koleś szepnie do swojej lubej I love you honey bunny po czym wyjmie giwerę krzycząc do nas Everybody be cool, this is a robbery!. O tym jak było gorąco, niech świadczy fakt, iż mózgi zgrzaly nam się do tego stopnia, że podobała nam się ta ostatnia opcja.

W środku Tarantino nie przypominało niczym tradycyjnego amerykańskiego dinning restaurant w stylu lat 50-tych. Był to lokal o nowoczesnej stylizacji typu szkło, pleksi i skóra. Reżyserowi hołdowały wiszące na ścianach plakaty z jego filmów i menu. Potrawy, czy nawet całe zestawy nosiły nazwy bohaterów obrazów Quentina: Mr. Pink pizza, Vincent Vega salad, Mia Cocktail itd. Nie dalibyśmy rady sprawdzić, czy wszystkie potrawy oddawały charakter postaci, której imieniem zostały ochrzczone – nie da się za wiele zjeść przy ponad 30 stopniowym upale. Jako, że Tarantino to przede wszystkim pizzeria uderzyliśmy w zestaw, w którym za danie główne robiły takie placki (choć sam miałem ochotę na ćwierćfunciak z serem; niestety, mimo że byliśmy w Europie menu takiego nie zawierało). Po całkiem niezłym gaspacho, kelner (trochę znudzony) przyniósł danie główne. W moim wypadku była to pizza z szynką, w menu figurująca pod nazwą „Butch Coolidge pizza”. Żarcie dla prawdziwych twardzieli myślałem – ciasto i mięcho. Pizza na szczęście nie była twarda, ale i tak ten wybór okazał się chybiony jak powrót uciekającego Butcha do mieszkania po zegarek ojca w „Pulp Fiction”. Była po prostu niejadalna – potwornie słona, jak pot Marcellusa Wallace’a. Ale i tak zjadłem połowę. W końcu nikt nie przyniósł jej do stolika w tyłku, a perspektywa spędzenia wieczoru na mieście na głodnego nie wprawiała w sentymentalny nastrój.
Mimo podłego uczucia w żołądku opuszczaliśmy Tarantino całkiem zadowoleni. Pomysł na taką restaurację i znajome nazwiska w menu napompowały nas pozytywną energią i to, że nie zawierało tej energii jedzenie jakoś nas nie zmartwiło.

Pizzería Tarantino
Baixa de St. Miquel, 4
12.00-16.00 / 19.00-00.00

 
design by suckmylolly.com : images (c) historypicks.com